Iron Kingdoms - Man-O-War: Żelazna Pięść Khadoru

„Nowi patrzą na zbroję jak na fortecę. Myślą, że jak wejdą do środka, to nic im nie grozi. Starzy wiedzą lepiej. Zbroja cię chroni, ale i więzi. Jak pęknie złącze przy lewym kolanie - a prędzej czy później pęknie - to nie uciekniesz przed parą, która cię ugotuje żywcem. Zapytaj Miszkę. A nie, nie zapytasz. Miszka wygląda teraz jak gotowany rak i krzyczy przez sen w lazarecie w Korsku. Ale kiedy pytasz mnie: “dlaczego wciąż to robisz, Dimitrze?” Cóż. Kiedy opuszczam młot i widzę, jak warjack pęka niczym porcelanowa figurka - wtedy wiem, po co żyję."
Zacznijmy od problemu, bo każdy dobry wynalazek zaczyna się od problemu. Imperium potrzebuje warjacków. Warjacki potrzebują korteksów. Korteksy potrzebują surowców, których Khador ma jak na lekarstwo - a każdy korteks jest warty więcej niż cały oddział piechoty z żołdem na rok. Zgromadzenie Mechaników od dekad biło głową w ten sam mur: jak wystawić armię zdolną mierzyć się z Cygnarem i Protektoratem oraz ich maszynami, skoro nie jesteśmy w stanie nadążyć z budową maszyn?
I tu wchodzi na scenę Jachemir Wenianminow.
Rok 470 AR. Wenianminow, którego historia zapamiętała jako geniusza o pragmatycznym umyśle i - jeśli wierzyć anegdotom - chronicznym braku cierpliwości do biurokratów, postawił proste pytanie: po co budować sztuczny mózg, skoro mamy miliony prawdziwych?
Rozwiązanie było brutalnie proste. Wziąć żołnierza. Zamknąć go w stalowej skorupie napędzanej parą. Dać mu siłę i odporność warjacka i prędkość (chociaż kompromis był tu nieunikniony). Ale co na dodatek? Człowiek w środku jest przebieglejszy niż jakikolwiek korteks, potrafi improwizować, reaguje na chaos bitwy instynktem wyostrzonym przez lata musztry - a przede wszystkim napędza go coś, czego żadna maszyna nie posiada: żarliwy, bezkompromisowy patriotyzm.
Tak narodziła się zbroja Man-O-War.
Grube płyty pancerza zatrzymują kule, bagnety i odłamki. Parowy szkielet daje siłę, o jakiej piechota może jedynie pomarzyć. Ale w zamian żołnierz wchodzi do stalowego sarkofagu, w którym krąży para o temperaturze zdolnej ugotować mięso i kości. Każda poważniejsza awaria to potencjalny wyrok - jedno pęknięcie i wnętrze zbroi zamienia się w kocioł. Rozerwany zbiornik? Wtedy nie zostaje nawet tyle, żeby było co pochować. Ci, którzy mimo to wstępują w szeregi zakonu, wiedzą dokładnie, na co się piszą. I wstępują tłumnie. Bo kto nie chciałby choć raz w życiu poczuć, jak to jest być warjackiem? Przez sto pięćdziesiąt lat, od początku istnienia zakonu, przez jego szeregi przewinęli się jedni z największych bohaterów Imperium. Man-O-War to współczesna reinkarnacja dawnych rycerzy - tych samych, o których pieśni śpiewano przy ogniskach od Korsku po Skirov. Tyle że zamiast konia i kopii mają parowy pancerz i łańcuchowe ostrze.
Każda armia potrzebuje kogoś, kto rozbije szyki wroga, zanim dojdzie do walki wręcz. W armii Khadoru tę robotę wykonują bombardierzy Man-O-War. Wyobraźcie sobie scenę. Linia obrony wroga: okopy, zasieki, może warjack albo dwa za barykadą. Pewni siebie, dobrze okopani. A potem na horyzoncie pojawiają się masywne sylwetki - zbyt wolne, żeby je pomylić z kawalerią, zbyt ciężkie, żeby je zatrzymać salwą z karabinów. Maszerują wprost przez ostrzał, który rozszarpałby każdy normalny oddział. Ich wyrzutnie granatów pracują stromotorowo - pociski lecą łukiem nad osłonami, spadając prosto na głowy obrońców. Zanim bombardierzy dotrą do rozbitych pozycji, bitwa jest już rozstrzygnięta. Prawie. I właśnie to „prawie" należy do ich łańcuchowych ostrzy. Warkot przenika do szpiku kości - to ostatni dźwięk, jaki słyszy wróg stojący na drodze oddziału. Nawet warjacki nie są bezpieczne. Bombardierzy rozrywają je metodycznie, bez pośpiechu. Jak wilki, które już wybrały ofiarę.
A jeśli bombardierzy to khadorska artyleria na nogach, to Demolition Korps jest jej młotem - dosłownie i w przenośni. Ich bronią są lodowe młoty, zaprojektowane i skonstruowane w Kompleksie Rigevnya w Korsku. Sama nazwa brzmi niewinnie, dopóki nie zobaczy się, co taki młot potrafi. Emanuje nadchłodzonym powietrzem zdolnym w mgnieniu oka zamrozić metal i żywe ciało. Kiedy Man-O-War opuszcza młot, uderzenie zamienia cel w kruche, zmrożone odłamki - niezależnie od tego, czy pod spodem jest stal, kość, czy jedno i drugie.
Inżynier Aleksiej Turow, w liście do kolegi z Wydziału Kriomechaniki, pisał ponoć: „Proszę, nie mów nikomu, ale sam się boję tego, co zbudowaliśmy. Podczas testów jeden z ładunków zamroził pół ściany warsztatu. Ściana się skruszyła, kiedy otworzyłem drzwi. Implikacje dla tkanek organicznych są... niepokojące."
Kilka celnych uderzeń wystarcza, by unieruchomić warjacka. Bezpośrednie trafienie w człowieka nie daje mu najmniejszych szans - ale nawet muśnięcie kończy się odmrożeniami i połamanymi kośćmi.
Do elity walczącej w zbrojach Man-O-War nie wchodzi się przez zwykły zaciąg. Trzeba przejść przez tzw. „Kruszarkę" - trzydniowy tor przeszkód, który w khadorskiej tradycji wojskowej zyskał status niemal mityczny. Jest to sprawdzian wytrzymałości, dyscypliny i siły fizycznej, zaprojektowany nie po to, żeby sprawdzić, na co żołnierza stać, ale żeby gozłamać i na nowo poskładać. Ci, którzy wychodzą z Kruszarki w jednym kawałku, nie są już tymi samymi ludźmi. Są spokojniejsi. Cisi. Mają w oczach zrozumienie ludzi, którzy dawno przestali się bać piekła - bo już raz przez nie przeszli.

Kiedyś drakhun oznaczał coś prostszego: ciężkozbrojny jeździec w pełnej zbroi płytowej, szarżujący na czele uhlanów. Współczesny drakhun to ich spadkobierca - tyle że zamiast stalowej płyty nosi parowy pancerz Man-O-War, a zamiast konia dosiada czegoś, obok czego każdy inny wierzchowiec w Immorenie wygląda jak kucyk.
Karpathański rumak - masywny, potężny, zbudowany do jednego celu: dźwigać na grzbiecie zakutego w stal wojownika i nie zwolnić nawet o krok. Uhlanowie traktują go niemal z religijną czcią i mają ku temu powody. Szarża takiego rumaka zmiata wszystko na swej drodze - kruszy kości i rozrzuca całe szeregi piechoty. W rękach sprawnego jeźdźca to niebagatelna broń.
„Widziałem, jak drakhun Iwan Kossow przejechał przez linię cygnariańskich strzelców pod Fellig. Nie zatrzymał się. Nie zwolnił. Po prostu przejechał. Kiedy się odwrócił do drugiej szarży, nie było już kogo zbierać." - fragment relacji anonimowego khadoriańskiego szeregowca, zapisany w archiwach 5. Legionu Szturmowego
Tylko najsilniejsi spośród uhlanów, ci z błękitną krwią jeźdźców w żyłach, wychowani w siodle zanim nauczyli się chodzić, mają szansę zostać drakhunem. Ale szlachetne pochodzenie to dopiero początek. Najpierw trzeba opanować rzemiosło Man-O-War. Pełne szkolenie - ze wszystkim, co to oznacza. A na końcu tej drogi jeszcze jedno zadanie: samodzielne wytresowanie karpathańskiego rumaka.
W khadorskiej hierarchii wojskowej tytuł kovnika waży więcej niż niejedna generalska szarża. Żaden kovnik nie wydaje rozkazów zza biurka. Żaden nie obserwuje bitwy z bezpiecznego wzgórza. Maszeruje ramię w ramię ze swoimi ludźmi, w tym samym parowym pancerzu, narażony na to samo ryzyko. Lata kampanii w ciężkozbrojnych oddziałach szturmowych wykuwają z nich coś więcej niż oficerów. Znają pancerz tak, jak inni znają własne ciało - przeżyli w nim mróz, upał, awarie i długie marsze. Wielu warcasterów otwarcie przyznaje, że ufa ocenie swojego kovnika bardziej niż własnym kalkulacjom. Ruszają naprzód z rozmachem małego warjacka, uderzają z siłą, która druzgoce barykady, i robią to z nonszalancją ludzi, dla których zbroja dawno przestała być sprzętem, a stała się drugą skórą. Tym oficerom powierza się często dowództwo całych batalionów. Kiedy kovnik prowadzi szturm, jego żołnierze wiedzą dwie rzeczy: że ich życia nie zostaną zmarnowane bez potrzeby, i że jeśli zwycięstwo leży w ludzkiej mocy, ich dowódca je wywalczy.
Źródła:
Forces of Warmachine: Khador Command
Forces of Warmachine: Khador
Interesują Cię inne artykuły z uniwersum Iron Kingdoms? Czytaj →